Ś. P.

Dr Wiesław Urbański

Kraków 3.03.1923 - Montreal 13.02.2015


Wspomnienie o mym Ojcu, doktorze Urbańskim

Zazwyczaj jak osoba odchodzi na wieczność, mówi się o jej zasługach i osiągnięciach życiowych. Chciałbym odejść od tego schematu i powiedzieć czego memu Ojcu nie udało się osiągnąć.

Tak jak dla wielu ludzi tego pokolenia, Jego młodość została zaburzona okupacją 1939 r., zastępując szkolną beztroskę brutalną walką o przetrwanie. Po wojnie nadszedł czas trudnego wyboru między pasją muzyczną a zawodem pozwalającym na utrzymanie rodziny. Jego pianistyczne zdolności, plastyczny układ palców doprowadziły Go do trudnego zawodu lekarza-chirurga, który wykonywał w ciężkich powojennych warunkach, często z dala od domu. Nigdy nie zapomnę kiedy odwiedziłem Ojca w oddalonym szpitalu, w którym dominował zapach formolu. W 38 roku życia Ojciec opuścił Polskę, zostawiając za sobą Matkę i przyjaciół by dać lepszą szansę swoim dzieciom. Do kraju nigdy nie powrócił.

W Kanadzie musiał przejść przez wszystkie szczeble nostryfikacji dyplomu, odradzono mu chirurgię, przekwalifikował się na anestezjologię, patrząc z dala jak inni wykonywali specjalizację, w której tak dobrze radził sobie w Polsce. Niejednokrotnie udzielał wskazówek kolegom chirurgom, dzielił się swoją wiedzą, zyskując uznanie w swoim środowisku, będąc równocześnie wielce cenionym przez swoich pacjentów. Nikt o Nim nie zapomniał, często dopytywano mnie czy jestem synem dr Urbańskiego.

Pod koniec swej zawodowej kariery zdarzało się, że musiał dokonywać zastępstw w odległych regionach, przygotowując tak zasłużoną emeryturę, którą chciał poświęcić na swoją czytelniczą pasję i grę na fortepianie. Los zdecydował inaczej: człowiek myśli, Pan Bóg kreśli, jak to się potocznie mówi. Został dotknięty zawałem i dwiema operacjami serca, miesiącem leżenia na intensywnej terapii i osłabiony długą rekonwalescencją. Znaczne pogorszenie się wzroku oddaliło Jego emerytalne czytelniczo-muzyczne plany. Jednocześnie starał się być aktywny w domu. Kilka dni przed śmiercią w rozmowie ze mną nie mógł się pogodzić z faktem, że stawał się coraz bardziej bezużyteczny. Starałem Mu się wytłumaczyć, że jest chory i musi odpoczywać, a sam fakt wysiłku myślowego jest pracą samą w sobie. Tak więc do końca cierpiał z powodu upływu sił, braku aktywności, których nigdy Mu nie brakowało, całe życie pracując w służbie rodziny, pacjentów i krótko mówiąc - ludzi w potrzebie, nigdy nie uginając się przed przeciwnościami losu.

Taki był mój Ojciec, którego teraz odprowadzamy na wieczny spoczynek w nadziei, że Bóg w swoim nieskończonym Miłosierdziu przyjmie Go do swego Królestwa. Niech światłość wiekuista Mu świeci na wieki wieków.

Piotr Urbański